OOBE- długa praca, krew i pot
- jak utrzymać się w śnie, w fazie,
- problem z pokonaniem popędu seksualnego,
- MTJ i przewodnicy nie chcę przyłazić,
- atrapy gadają bez sensu, sam MTJ i przewodnicy tak samo zresztą,
- kiedy chcemy gdzieś dotrzeć trafiamy zupełnie gdzie indziej niż chcemy, czasem nawet nim gdzieś trafimy lądujemy z powrotem w ciele.
- czasem pojawiają się boty i dziwne fazy.
Podsumowując powyższe liczymy, że jak już osiągnęliśmy OOBE to będziemy śmigali jak Monroe i osiągniemy nie wiadomo, jaki rozwój duchowy. Tym czasem, jak już osiągniemy te OOBE to trwa ono minutę, MTJ nie przychodzi, a jak nie daj boże przyjdzie to pieprzy farmazony. Dolecieć i tak zazwyczaj nie dolecimy tam gdzie chcemy. Pozostaje tylko, więc parę sekund na latanie, albo seks i powrót.
OOBE to wbrew pozorom nie jest łatwa sprawa. Sama technika nie jest skomplikowana, ale żeby mieć przygody, o jakich czyta się w książkach trzeba wielu lat. Kiedyś Darek Sugier pisał, że ma za sobą 3000 wyjść. Teraz pewnie znacznie więcej. Podróże Monroe’a opisane w jego pierwszej książce były też pożal się boże. Dopiero po 25 latach praktyki napisał drugą książkę, od której zaczyna się jazda. Sam mam za sobą koło 1000 wyjść i dopiero od pół roku trafiam w OOBE tam gdzie chcę i mam przewodników, których znam z imienia i których często spotykam. Gadają też z sensem. Jeśli ktoś chce zostać dobrym szachistą musi grać, grać i jeszcze raz grać. Żeby zostać w czymś mistrzem w Chinach przyjmuje się, że trzeba 10 lat treningu. Tak samo Chińczycy mówią, że żeby dobrze opanować technikę trzeba ją powtórzyć 10 000 razy, a to dopiero jesteśmy dobrzy, a do mistrzostwa daleko. Oczywiście każdy jest inny i dla niektórych te liczby są bardziej nieubłagane, a dla niektórych mniej. Ale jedno, z czym trzeba się zgodzić to, to, że tylko długa, ciężka praca przynosi upragnione efekty.
Stosunkowo najłatwiejszym sposobem podróżowania jest podróż mentalna. Jak kiedyś słuchałem porównań mentalkowiczów i obenautów to było to jak niebo, a ziemia. Teraz w OOBE i LD mogę robić numery jak w mentalkach i podobnie długo się utrzymywać. A to pewnie nie jest koniec, bo do Sugierowych trzech tysięcy dużo mi brakuje, a do Monroe’owych 25 lat, to sam tak stary nie jestem. O co mi chodzi? W OOBE jak we wszystkim trzeba dużo pracy i treningów. Także nie warto się załamywać początkowymi trudnościami. Czasem jakąś pierdołkę, która przeszkadza usuwa się nawet rok.
Dziś spotkałem poraz n-ty moją kochaną przewodniczkę i wprawiło mnie to w dobry nastrój i jak pomyślałem o tych latach, których trzeba było, żeby poznać po imieniu parę osób i miejsc w astarlu i o tych latach, które trzeba było, żeby trafiać swobodnie tam gdzie się chce i o tych latach, które trzeba było, żeby usłyszeć ładne zdania od postaci z astrala… Tyle czasu to zajęło, ale w sumie warto było.
Moja pierwsza rozmowa w astralu:
Delikwent coś majstruje przy samochodzie. Pytam go:
- Co robisz?
- Smaruję gównem samochód.
- A po co to robisz?
- A wiesz, że to dobre pytanie.
Przecież po czymś takim idzie się załamać. A teraz? Dalekie podróże i sensowna gadka. Wszystkim, więc życzę powodzenia i żeby trzeba im było mniej lat niż mnie. Nie no humorek mam dziś na cały dzień


