rozrywajace uspienie woli
Może kwestia świadomości, ze znajdują się na forum ludzie o poszukiwanej przeze mnie wrażliwości.
Mój "problem" wiruje wkoło stanu znieruchomienia. Jestem zachwycona światem, zdumiewa mnie samo istnienie a jednocześnie brakować zaczęło temu jakiegoś emocjonalnego orzeźwiania.
Przestałam przezywać. Takie przynajmniej mam wrażenie.
Choć z drugiej strony to co się teraz dzieje również jest swego rodzaju przezywaniem, tylko ze towarzyszy temu poczucie jakbym już przestała istnieć.
Jakby się coś mieliło w kole i nie mogło przemielić. Ani nie żyje ani nie nie-żyje.
Nie mogę powrócić do stanu odczuwania swojej woli. Wiem, ze jest to kolejny schemat, ale jest coś co nie pozwala mi go ogarnąć.
Zagłębiłam sie w jakaś pustkę, wcale niefajna. Zaczęło się parę lat temu od przewartościowań. Teraz neguje siebie jako osobę. Niemałe znaczenie miała w tym próba wyzwalania się od społecznych i kulturalnych (itp)
"naleciałości", tak aby dotrzeć do "sedna" mnie.
A właściwie tego co jest "za" mną. Zatem nie mam żadnego uziemienia i nie wiedzieć czemu blokuje się i nie pozwalam sobie go doświadczać.
Czasem dochodzę do stanów gdy czuje ze jestem w podprogowym szale i wpadam w obłęd. Tonę.
Wiele rzeczy "wiem", ale nie mogę ich odczuć, znaleźć sie w stanie swobodnego przepływu różnorakich stanów. Towarzyszy temu ograniczenie wyobraźni. Niemoc poczucia stanu, gdy jestem spokojna i harmonijna. Tylko na chwile się to udaje. Próbuje się później przenosić w te stany ale coś mnie znów blokuje. Jest to myśl w postaci "tam nie ma Prawdy". Cokolwiek Prawda oznacza, bo jest jedynie intuicyjnym przeczuciem.
I jest jeszcze jedna rzecz, mianowicie, przez to ze dosłownie nie mam gruntu pod nogami (i nie pozwalam sobie go mieć, bo mam wrażenie, ze uciekam od owej "Prawdy", gdy sie ugruntowywuje) nie mogę się skupić na niemalże żadnej czynności.
A nawet jeśli już się skupiam to towarzyszy często temu poczucie pustki. przez to podejmowane przeze mnie działania są zwykle z góry przewartościowywane. Wszystko spoczywa w martwym punkcie. Nie ma już ranka, popołudnia , wieczorów. jest "proces nieruchomy". Niczemu nie mogę się oddać i porostu być. Nie mogę znaleźć w sobie miłości, jestem jakby okrążona kula która izoluje mnie w tym "subiektywnym" świecie.
Gdzieś tam jednak chyba jest jednak nadzieja, ze znajdzie się bodziec co pozwoli mi przepchnąć ten mechanizm. Chciałam się dowiedzieć co Wy o tym myślicie? Cóż przegapiam? Czy możne odchodzenie od "siebie" jako osoby, zatracenie poczucia rodziny, przyjaźni, miłości jest tu kluczem?
Chciałabym tą sprawę rozważyć również od tej właśnie strony-negowania swojej tożsamości. tylko, ze nie z powodu, ze siebie nie akceptuje, bo wyszłam poza taki świat i nie mam z tym problemów, tylko ta niby "świadomość" ze jest to "Nieprawda".
Ze coś co nazywam "mną" jest nieprawda.
Jak już pisałam miele coś w kolko i czekam możne ktoś dorzuci coś do mojego młyna, żeby wyszła inna mąka niż zwykle.
Popraw styl pisania! Stosuj duże litery i kropki! Bo nie da sie tego czytać a jeszcze trudniej sie poprawia!
poprawione /jerry/


